ASNYK – PORTRET PODWÓJNY

          W stu dziesiątą rocznicę założenia II Liceum Ogólnokształcącego im. Adama  Asnyka  zapytaliśmy kilku obecnych oraz emerytowanych nauczycieli Naszej Szkoły, którzy równocześnie są jej absolwentami, o ich wspomnienia związane ze szkołą, o nauczycieli i uczniów, którzy szczególnie zapadli im w pamięć, o anegdoty związane ze szkołą, klasowe wycieczki, studniówkę, o atmosferę sprzed kilku, kilkunastu i kilkudziesięciu lat. Ale przede wszystkim o to, co szczególnego jest w spojrzeniu na  Asnyku z tej podwójny perspektywy – ucznia i nauczyciela. A oto co nam powiedzieli.

 Janusz Kaps – nauczyciel historii i wiedzy o społeczeństwie, absolwent Asnyka -  rocznik 1994.

 

Dziś właśnie sobie uświadomiłem, że spędziłem już w Asnyku więcej niż połowę swojego życia. Gdy kończyłem liceum, nie myślałem, że wrócę do mojej szkoły w charakterze nauczyciela. W liceum co prawda myślałem o tym zawodzie, ale brałem pod uwagę również inne możliwości. Można powiedzieć, że w moim życiu miałem szczęście spotykać na swej drodze nauczycieli, którzy zarażali mnie pasją historyczną - w zasadzie od czwartej klasy szkoły podstawowej.  Tak było również  przy wyborze liceum, gdy dowiedziałem się, że mój ulubiony nauczyciel historii kończył właśnie Asnyka, wybór był oczywisty. Szkoła przez swój charakterystyczny budynek przy ulicy Broniewskiego  miała swój klimat. I jak obserwuję dzieje szkoły, to każde przenosiny w pewien sposób zmieniały jej charakter. Zresztą jest to nieuniknione.  Natomiast jeszcze ważniejsi byli i są ludzie, uczniowie, nauczyciele i inni pracownicy szkoły. To oni budowali atmosferę szkoły, od Pani Dyrektor poczynając, na Panu i Pani Woźnej kończąc.

            Do osób, które szczególnie zapadły mi w pamięć, a tworzyły na pewno   klimat Asnyka muszę zaliczyć  Panią Dyrektor Iwonę Lubowską. Początkowo, jak każdy uczeń postrzegałem Panią Dyrektor jako osobę perfekcyjną, bardzo kulturalną, a jednocześnie wzbudzającą wielki i przedziwny respekt, ale szybko okazało się, że ma wielkie serce dla uczniów i szkoły w ogóle. Bardzo miło wspominam jako uczeń i już jako nauczyciel zawsze uśmiechniętą Panią Wicedyrektor Halinę Wencelis. Bardzo również ceniłem jako polonistkę Panią profesor Annę Gramatykę, wymagającą, ale i niezwykle motywującą nas do nauki. To, w jaki sposób uczyła historii Pani profesor  Kazimiera Flisiuk, wpłynęło na mój  wybór zawodu. Śmiało mogę nazwać moim mentorem Panią profesor,  bo to ona wprowadzała mnie tak naprawdę w zawód nauczyciela podczas praktyki pedagogicznej, przyjaźnimy się do dzisiaj.   W zasadzie wielu nauczycieli mógłbym tutaj wymienić, wszyscy oni tworzyli specyficzny klimat szkoły, czuło się ich wielką do nas, jako uczniów, sympatię. Zawsze czułem się w Asnyku dobrze, chciało mi się wstawać do szkoły, mimo że pierwsza lekcja rozpoczynała się już o 7.10. 

 Muszę się przyznać, że nie byłem wcale wyjątkowo zdolnym uczniem, powiedziałbym, że średnim,  wiadomo, kochałem historię, lubiłem język polski, geografię. Wybrałem więc profil humanistyczny, a moja klasa była istnym babińcem. Byłem jednym z trzech  chłopaków. Natomiast jako typowy humanista miałem dreszcze na myśl o matematyce, fizyce i chemii mimo, że miałem wspaniałych pedagogów. Moją wychowawczynią była Pani  Anna Okrzesik - bardzo ciepła i serdecznie usposobiona osoba.  Szczególnie miło wspominam   matematyczkę, Panią Stanisławę Kosicką, z którą do dzisiaj  pozostaję w przyjacielskich relacjach. Chciałbym mieć tyle energii i pogody ducha, co ona.  

Porównywanie Asnyka z czasów, kiedy byłem uczniem, z obecną szkołą jest bardzo trudne. Szkoła się zmieniła, bo zmieniły się czasy, ludzie, świat. Gdy byłem uczniem, uczęszczanie do liceum było swego rodzaju nobilitacją, w szkole podstawowej nierzadko uczniowie słyszeli – „ty się nie nadajesz do liceum”, więc bycie uczniem ogólniaka było powodem do dumy, prawdziwym wyróżnieniem. I tak się wtedy czuliśmy. Potem, przez cztery lata podchodziliśmy do tej nobilitacji z należytą godnością. Nie wypadało się nie uczyć, po prostu, a nauki było sporo.

                                                       

 

                                         Janusz Kaps – pierwszy rok pracy w Asnyku rok 1999

 

 

 

 

 

 

Moje przejście z roli ucznia w rolę nauczyciela nie było jakieś bardzo trudne. Co prawda niektórzy mówią, że stanąć po drugiej stronie biurka, to jak przejść na „ciemną stronę mocy”, ale w moim przypadku tak nie było. Może też, tak szybko nie zapomniałem, jak to jest być uczniem. Wiadomo, pierwsze dni były trudne, bo dla moich nauczycieli, z którymi miałem pracować byłem dalej ich uczniem, a jednocześnie już przecież kolegą. Dziś myślę, że to właśnie dla mnie było najtrudniejsze.  Z jednymi nauczycielami  od razu przeszedłem na „ty”, a z innymi jeszcze długo zwracaliśmy się do siebie na „Pan”, „Pani”. Jedno wiem na pewno, że zostałem bardzo ciepło przyjęty - jako „swój człowiek” -  Asnyczanin, zwłaszcza, że szybko dowiedziałem się, że Asnyku takich osób (byłych uczniów – a dziś już nauczycieli)  było całkiem sporo.

Nieocenionym człowiekiem, który przekazał mi w pierwszych latach mojej pracy wiele dobrej energii, był świętej pamięci profesor Zbigniew Zaremba. To, co nas uroczo łączyło, to sposób przemieszczania się do pracy, bo obydwaj jeździliśmy do szkoły na rowerach.  Pamiętam też, że w momencie, gdy człowiek musiał się wdrożyć również w tę oświatową biurokrację, to Zbyszek Zaremba, bardzo mi pomógł, ale też nauczył rozsądnego, emocjonalnego dystansu!  

Oczywiście zawsze szczególnie  wspomina się pierwsze wychowawstwo. To była klasa B - sportowa, wyjątkowi, sympatyczni ludzie, ostatnio nawet spotkaliśmy się  i wspominaliśmy dawne dzieje, różne śmieszne sytuacje i wycieczkę do Srebrnej Góry. Do dziś  pozostaję w serdecznych relacjach  z niektórymi moimi uczniami, spotykamy się na kawie, piszemy do siebie, czasem nawet wiele  lat po ukończeniu przez nich szkoły. Tu muszę wymienić kilka osób, z którymi przyjaźnię się do dziś, to uczniowie klasy A z rocznika 2006, Kuba Krajewski, Jadzia Tobiczyk, Tomek Kuliński z klasy C, czy Michał Jonkowski, i wielu, wielu innych. Spotykam ich czasem  w najmniej oczekiwanych momentach, rozmawiamy, wspominamy i  to jest w tej pracy chyba najpiękniejsze. Asnyk to naprawdę ważny kawałek mojego życia…

 

                                                       Ewa Potoczny (Bednarska) – uczennica  Asnyka w latach 1994 – 1998, nauczycielka języka polskiego od 2011 roku

                                                     Do Asnyka uczęszczałam w latach 1994-98, do klasy humanistycznej i był to mój jedyny wybór, innych szkół w ogóle                                                            nie brałam pod uwagę. Zresztą, z mojej podstawówki zdawała do tego liceum naprawdę silna reprezentacja, ale ja tak                                                       naprawdę poszłam za siostrą, co wcale nie było dobre, bo wciąż nas porównywano... 

W ciągu czterech  lat mieliśmy dwie wychowawczynie ( pierwsza – pani profesor Halina Zaremba – nauczycielka języka rosyjskiego, druga -  owiana legendą polonistka - profesor Anna Gramatyka). Do dziś w szkole uczy dwoje moich nauczycieli - profesor Sylwia Brylska - Tracz i profesor Robert Michalski. Oboje nie mieli powodów uważać mnie za orła swoich przedmiotach, ale starałam się jak mogłam.

Uważam, że praca w szkole, w której było się uczennicą to wspaniała przygoda, kończąc Nasze Liceum, przygotowywałam się do egzaminów na polonistykę i szczerze mówiąc, myślałam o tym, by kiedyś powrócić to tego miejsca. Tym bardziej, że miałam naprawdę dużo dobrych wspomnień, choć trzeba przyznać, że życie szkolne wyglądało kiedyś zupełnie inaczej. Różnica polegała przede wszystkim na tym, że nasi profesorowie byli dla nas zupełnie niedostępni. Dzielił nas naprawdę spory dystans, a większość spraw klasowych i szkolnych była wymyślona i zorganizowana przez  uczniów.

t zrozumiałe...

            Moją wychowawczynią była mgr Urszula Micorek, nauczycielka muzyki. Swoje matczyne skrzydła roztaczała nad klasą o profilu ogólnym, a i zespół klasowy nie był jakiś szczególny. Ani szczególnie zdolny, ani szczególnie grzeczny, ani szczególnie zgrany, ale znajomości i przyjaźnie pozostały do dnia dzisiejszego.

            Jedyną wycieczką, którą pamiętam, była górska wyprawa  zorganizowana przez mojego tatę, nauczyciela fizyki i informatyki tej szkoły. To była prawdziwa integracja!  Intensywna marszruta, wspaniałe ognisko, głośne śpiewy... On to potrafił!

            W historię tej szkoły (czego kadeci nie pamiętają ) wpisały się letnie obozy w Czaplinku, organizowane właśnie przez mojego Tatę. Dowodził dzielnie i czuwał nad tym przedsięwzięciem. Miał przy boku całą ekipę wspaniałych, asnykowskich nauczycieli, bez udziału i pomocy których, obóz by się nie odbył.

Zapytacie mnie, z czym kojarzy mi się Asnyk? To właśnie z tym -  z Czaplinkiem. Brać czaplinkowska zawsze wspomina obozy ze łzami w oczach. Wypoczynek, niepowtarzalny klimat leśnej polany, małego, uroczego, bajkowego  jeziorka. To właśnie tam, uczniowie Asnyka, doświadczali prawdziwego survivalu. Nabywaliśmy coś, czego  gdzie indziej nie mieliśmy okazji nabyć. To był piękny czas. Czas,  który do dziś, za każdym razem wspominam z moim stomatologiem, czaplinkowskim przyjacielem.

Czaplinek 1991 – Joanna Zaremba

            I tak mogłabym opowiadać i opowiadać... O każdym dniu tam spędzonym, o całym mnóstwie przeżyć, wydarzeń... 

Myślę, że Asnyk zmienił się o tyle, o ile zmienił się w ciągu tych dwudziestu kilku  świat wokół nas. Wiele spraw jest współcześnie postrzeganych zupełnie inaczej, ale wierzę, że to co najważniejsze się nie zmieniło - wciąż ważne są tu energia i otwartość.

           

     Dorota Jaruga –Turoń- nauczyciel matematyki- absolwentka rocznik 1989.

W pierwszej klasie  liceum naszą  wychowawczynią  była Pani Profesor Irena Giejsztowt, od klasy drugiej Pani Profesor Halina Wencelis.

Tyle było chwil… kiedy myślę o mojej szkole, o Asnyku to połowę (łatwo policzyć) mojego życia tutaj spędziłam. Kiedy spotkałam się ze swoja klasą – moimi przyjaciółmi w 25 rocznicę ukończenia szkoły wszyscy chwalili się, tym co osiągnęli, gdzie byli, co robią - ciągłe zmiany :pracy, miejsca zamieszkania, stanu cywilnego… i wtedy pani Profesor Halina Wencelis - nasza wychowawczyni  zwróciła się do mnie: A u Ciebie Dorociu co słychać? Na co odpowiedziałam, że: „ Minęło tyle lat a ja ciągle wstaję rano i na 7.10 idę do Asnyka”…( gdy sama byłam uczennicą, chodziliśmy do szkoły na dwie  zmiany - jedna zaczynała o 7.10, druga o 14.00, i nikt  wówczas nie narzekał).

Będąc uczennicą nigdy nie myślałam, że będę mogła pracować w mojej szkole  a, że będę wicedyrektorem, to już wizja na krawędzi fantastyki.

Kiedy myślę Asnyk...  wyobrażam sobie grono przyjaciół - spotykamy się spontanicznie, wspieramy w trudnych chwilach, zawsze „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Kiedy chodziłam do szkoły, mieszkałam na Osiedlu Śródmiejskim, tuż obok był „ mój” Asnyk - na Broniewskiego. Spotykaliśmy się całą klasą u mnie . Odrabialiśmy wspólnie zadania, uczyliśmy się… a mama po powrocie z pracy otwierała pustą lodówkę…To były czasy!  Czasami zamiast do szkoły na druga zmianę szliśmy do Klubu „KMPiK” (Blaszak na Stojałowskiego), tam można było posłuchać dobrej muzyki, spotkać ciekawych ludzi, poczuć się dorosłym.

Otrzęsiny w Asnyku to było coś! Na początku zabawne konkurencje a  potem dyskoteka! Połowa Bielska chciała się z nami bawić, ale była to impreza tylko dla Asnyczan!

Nauczyciele… nasza najwspanialsza wychowawczyni Pani Halina Wencelis – to dla Niej dzielnie uczyliśmy się języka rosyjskiego, była wymagająca, wyrozumiała (nie byliśmy „barankami’- niektóre wybryki mogły przyprawić nauczyciela o zawał serca), zawsze uśmiechnięta, dla każdego miała „dobrą radę”- dziękujemy! Od Niej nauczyłam się  tak dużo, kiedy  powróciłam do szkoły już jako nauczyciel.  Trochę dziwnie się czułam, pracowałam i byłam „koleżanką” moich nauczycieli, ale wszyscy przyjęli mnie bardzo ciepło i sympatycznie
i szybko stałam się jedną z nich. To Pani profesor Wencelis nauczyła mnie,  jak zachować zdrowy rozsadek w trudnych sytuacjach, jak rozmawiać z uczniami, rodzicami, nauczycielami, jak ułożyć dobry plan lekcji!!

Nikt tak jak  Pan Profesor Zbigniew Zaremba nie wytłumaczył prawa grawitacji. Pomoce naukowe to: dziennik, na nim klucze, szybki obrót.. wszyscy chowają się pod ławką  i jest…spadły…prawo grawitacji!

Nasza Przyjaciółka (chyba się nie pogniewa) Pani profesor Iwona Talar, która uczyła  języka niemieckiego (a byliśmy pierwsza klasą w szkole, która uczyła się tego języka) - sporo z nami przeżyła, byliśmy bardzo oporni, ale była nieugięta, za co serdecznie dziękujemy (ja zdałam maturę  na 5!). Dzisiaj mówimy sobie wszyscy po imieniu, a spotkania po  latach zawsze fantastyczne.

Tylu było wspaniałych nauczycieli… nie sposób wspomnieć wszystkich. Tyle było zmian… zaczynałam naukę i pracę w starym, klimatycznym  Asnyku na Broniewskiego, potem była przeprowadzka na Nadbrzeżną, teraz są Złote Łany. Każda z lokalizacji  inna, w każdej inny klimat, w każdej inne pokolenie. Ciągle inny, nowy, ale  zawsze Asnyk!

 

 

                                                                      Joanna Justyniak nauczycielka wychowania fizycznego, absolwentka Asnyka rocznik 1983.

Gdy wspominam "stare dzieje", najwięcej podziwu wzbudza we mnie organizacja obozu szkolnego w Czaplinku, gdzie na kilku dwutygodniowych turnusach można było spędzić nad jeziorem naprawdę  niezapomniane chwile. Uczniowie uczestniczyli w  budowie całego obozowiska (wykopywanie latryn, budowa kantyny, kuchni), ale  także już w trakcie pobytu musieli przygotowywać posiłki, pełnić nocne warty, etc. Dziś czasy się zmieniły i większość z rzeczy, na które wtedy mieliśmy zgodę, w dzisiejszych przewrażliwionych czasach, okazałaby się niebezpieczna dla naszego życia i zdrowia (zgoda na samodzielne oddalanie się od obozowiska, uciekanie na drzewo przed  rozpędzonym zwierzęciem, trudno ustalić jakim, bo było ciemno, przejażdżka w 24 osoby (!) samochodem marki nysa do  pobliskiej miejscowości na mecz , który rozgrywaliśmy z okolicznymi mieszkańcami. Byłam na tym obozie tylko raz, ale wiem, że dla wielu roczników naszych uczniów była to obowiązkowa letnia atrakcja. Do dziś zresztą, utrzymuję znajomości i przyjaźnie z koleżankami i kolegami z innych klas, z którymi  spędziłam w Czaplinku lato 1995 roku. Podziwiam i szanuję nauczycieli, którzy poświęcali swój prywatny czas, by pilnować całymi dniami kilkudziesięciu uczniów.

Czas biegnie nieubłaganie, to już 39 lat, od kiedy pierwszy raz przestąpiłam progi Asnyka, jako uczennica klasy 1 b – oczywiście o profilu sportowym. W pierwszym roku moim wychowawcą był pan Marek Głowacki, bardzo dobry sportowiec (dziesięcioboista). Przyczynił się do rozwinięcia mojej pasji, jaką jest lekkoatletyka. W drugiej klasie, po wyjeździe pana Głowackiego, wychowawstwo objął pan Dariusz Gilowski, również pasjonat wspomnianej dyscypliny i ogólnie sportu.

W tamtych latach, aby dostać się do klasy sportowej, trzeba było być czynnym zawodnikiem w klubie sportowym. Szkołę reprezentowałam w lekkoatletyce i piłce koszykowej. Wspominam ten okres bardzo dobrze, z  koleżankami i kolegami  utrzymuję stały kontakt i co kilka lat spotykamy się zjeździe   klasowym.

Ówczesne grono pedagogiczne było bardzo wymagające, aczkolwiek traktowało nas – sportowców z dużą życzliwością i wyrozumiałością. Czuliśmy, że doceniali nasze zainteresowania i pasje. Moje, zawsze były ukierunkowane na sport. Już od szkoły podstawowej nie miałam wątpliwości co do wyboru zawodu – chciałam być nauczycielką. Gdy po ukończeniu krakowskiej Akademii Wychowania Fizycznego wróciłam do „swojej szkoły”, jako nauczycielka, początkowo czułam dużą tremę W tym okresie dużym wsparciem był dla mnie Piotr Targosz, wówczas doświadczony nauczyciel  wf –u . Trudno mi było przejść na tzw. „Ty” z nauczycielami, którzy mnie uczyli. Pomimo ich starań i życzliwości, nie mogłam się przełamać przez ponad rok.

Jednym z głównych celów mojej pracy, było i jest podtrzymywanie sportowych tradycji szkoły. Liczne sukcesy moich podopiecznych na zawodach różnej rangi – od Mistrzostw Miasta po Mistrzostwa Polski w lekkoatletyce, dała mi poczucie ogromnej satysfakcji i spełnienia. Nie znaczy to jednak, że spoczęłam na laurach. Ciągle czuję chęć do pracy i przekazywania kolejnym rocznikom wartości, jakie niesie ze sobą sport – wychowawczych, zdrowotnych i edukacyjnych.

Asnyk bardzo się zmienił na przestrzeni tych trzydziestu paru lat . Dwukrotna zmiana siedziby szkoły, reformy w szkolnictwie, duża rotacja w gronie pedagogicznym… Ja jednak z sentymentem zawsze bedę wspominać i mówić „o mojej szkole”, szkole, w której obecnie jestem najdłużej pracującym nauczycielem. Na marginesie, Asnyka ukończyło już dwóch moich synów (klasy sportowe), a szykuje się jeszcze najmłodsza córka (klasa sportowa).

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now